01.04.2005 :: 23:12 Link Komentuj (4)Na dworze panowała dziś wietrzna pogoda, bo suknia Matki Elizejki poruszała się delikatnie. Wnętrze świątyni było dosyć ciemne. Skąpe smugi światła dawały poczucie tajemniczości i niemożności poznania sektetów Elizjum. Stała na środku, w Centro del Sol - jedynym miejscu świątyni, gdzie w ciągu dnia padała jedna jedyna smuga światła. Cicho szeptała prośby o spokój dzisiejszej nocy na świecie.
Usłyszała kroki...równe, miarowe, niespieszne...tup,tup,tup...znała już ten rytm, więc nie musiała się odwracać aby wiedzieć kto ją odwiedza.
-Matko! Musisz natychmiast opuścić świątynię! - usłyszała głos Kapłana Medyka.
-Ale...
-Nie ma żadnego ale.To rozkaz...A ja przejmę Twą wartę.
-Rozumiem, lecz nie wiem o co chodzi.
-Wszystko w swoim czasie Elizejko. Przed wejściem do świątyni czeka na Ciebie strażnik. Idź z nim. Odprowadzi Cię on do tajemnego wyjścia ze świątyni. Nikt nie może widzieć, że jedna z kapłanek opuszcza swe Asylum. To w trosce o Twoje bezpieczeństwo. Tyle mogę zrobić ze swojej strony. Więcej powiedzieć nie mogę. Resztę podpowie Ci przeznaczenie... A teraz idź już. I bądź dzielna...
-Skoro taki mój los. Spokój temu światu, spokój Tobie Kapłanie Medyku.
-Do zobaczenia siostro...oby... - lecz to ostatnie słowo wypowiedział już w myślach, aby go nie usłyszała.
Elizejka została odprowadzona do tajemnego przejścia. Nie miała ze sobą nic prócz kaganka, mającego oświetlać jej ciemne przejścia w jaskini. Nie wie jak długo szła. Pewnie nie aż tak długo jak jej się wydawało. Zawsze tak jest, że jak idziemy i na coś czekamy, choć sami nie wiemy na co, to czas nam się wyciąga. Jest jak kawałek gumy, który się wydłuża bez końca. Było coraz zimniej i co raz bardziej mokro. Była coraz bardziej zagubiona w tej sytuacji, a końca jaskini nie było widać. Postanowiła odpocząć. Znalazła sobie półkę skalną i siadła na niej. Nogi już ją bolały. Zaczęła się rozglądać i rozmyślać "co dalej?". To pytanie wydrążyło w jej głowie dziurę już chyba tak głęboką jak jaskinia w jakiej się znajdowała.
Wtem zauważyła coś pożółkłobiałego wyskającego z wąskiej szczeliny. Wyciągnęła rękę i wyjęła "zdobycz". Okazał się to być stary zwój pergaminu. Położyła swą lampę na skale, rozwinęła zwój i poczęła się mu przyglądać...
Nazywają mnie Awenturem... Wędruję po świecie w poszukiwaniu prawdy. Niektórzy mówią o mnie...i>
I w tym właśnie momencie usłyszała poruszenie, kaganek spadł na ziemię i dopełnił swego świetlnego żywota. Czyjś oddech na jej szyi...krzyknęła... a potem już nic nie pamięta. Omdlała przerażona...




02.04.2005 :: 22:18 Link Komentuj (1)


"A kiedy już to, co zniszczalne,
przyodzieje się w niezniszczalność,
a to, co śmiertelne, przyodzieje się w nieśmiertelność,
wtedy sprawdzą się słowa, które zostały napisane:
Zwycięstwo pochłonęło śmierć"
[1 Kor 15, 54]

[*]





06.04.2005 :: 23:03 Link Komentuj (5)


Wiecie jak to jest, kiedy potrzebuje się mieć kogoś przy sobie? Tak bardzo, bardzo. Żeby chwycił za rękę, przytulił i powiedział, że wszystko będzie dobrze. A potem nie musi być lepiej, ale ta wiara, że ten ktoś Ci powiedział inaczej pozwala Ci żyć.
Coś mi ostatnio brak sił.
I znów te krwotoki i bezsenność i smutek.
Brak mi sił.



10.04.2005 :: 00:47 Link Komentuj (1)



Rzeczy istotne najczęściej nie mają ciężaru. Tym, co istotne, zdaje się być jedynie uśmiech. Uśmiech często jest czymś istotnym. Można zapłacić uśmiechem. Można nagrodzić uśmiechem. Można ożywić uśmiechem. I rodzaj uśmiechu może sprawić, że odda się życie w jego obronie. Ponieważ ten właśnie rodzaj uśmiechu wyzwala nas tak skutecznie od niepokoju, współczesności, daje nam pewność, nadzieję, pokój...
Exupery, List do zakładnika




13.04.2005 :: 23:55 Link Komentuj (4)



:)PYTANIE EGZYSTENCJALNE:
Kiedy znów przyjedziecie? :)

I PYTANIE DRUGIE:
Kiedy przyjadą Ci co jeszcze nie byli na audiencji u Czarnej Nie Madonny :)






14.04.2005 :: 12:03 Link Komentuj (9)


Raz jestem...raz mnie nie ma...życie się ciągnie...ja się zmieniam...




15.04.2005 :: 22:45 Link Komentuj (7)

A teraz coś z zakresu ROZMOWY W TOKU. Temat, który poruszyliśmy - BEZPIECZNA RANDKA :) Zapis rozmowy z dnia dzisiejszego :)

ON
burza idzie
ONA
no, a ja zaraz wychodzę
kurna zmoknę
ON
no to paraslokę weź
ONA
nie zmieści mi się do torebki
lepiej wezmę auto
ON
parasolka zawsze się na randce przyda
ONA
hmmm
bo ja wiem, w aucie lepiej się całowąć niż pod parasolką
ON
można sie romantycznie we dwoje pod nią schowac, albo uzyć jako broni na zbyt natretnego randkowicza
ONA
a tam natrętnego
ON
można ja tez upuścić na ziemię i zobaczyć, czy randkowicz jest dżentelmenem, ma wiele zastosowań taka parasolka
ONA
można też upuścić kluczyki od auta, a randkowicza rozjechać
ON
ale jak randkowicz ukradnie parasolkę mała strata, a jak auto, to juz znacznie większa
ONa
to wtedy kobieta wyciąga kałacha z torebki
ON
i sobie samochód zniszczy
ONA
ale przynajmniej odreaguję stresy po nieudanej randce
ON
zdecydowanie parasolka jest lepsza od samochodu
ONA
hmm bo ja wiem, ja to chyba sadystka jestem
ON
no do parasolki mozna np, ostrą końcowke przymocowac i razić nia randkowicza
ONA
długo nad tym myślałeś ? O_o




WNIOSKI: Myjcie się dziewczyny, nie znacie dnia ani godziny. Tfu...nie ten wniosek miał być ;) Panowie, kobiety to już nie jest słaba płeć.



19.04.2005 :: 21:10 Link Komentuj (7)


OPOWIEŚĆ 4 - Po drugiej stronie tunelu.

Kiedy obudziła się nie leżała już w jaskini. Spoczywała na zielonej trawie a powietrze miało zapach poranka. Przez chwilę tak leżała dopóki nie zauważyła, że spod kamienia, który leżał koło jej głowy wystawał zwój papirusu. Wyjęła go i rozwinęła...

Elizejko,
nie bój się, bo nic Ci nie uczyniłem. Wybacz mi, iż tak bardzo Cię wystraszyłem. Nie wiesz kim jestem i niech tak na razie pozostanie. Tak będzie lepiej...dla mnie...
Nie bój się niczego, bo jest w Tobie siła, o której jeszcze nie wiesz. Czego sama nie zdołasz uczynić - dopomogą Ci Przyjaciele.

Wszystko w swoim czasie...

Z poważaniem,
Przyjaciel


Zaczęła się rozglądać jakby podświadomie szukając gdzieś w pobliżu tajemniczego Przyjaciela. Przed sobą miała ogromną polanę. W oddali widziała las; za sobą wyjście z jaskini. Po jej lewej stronie szumiał cicho potok.
Wstała aby przemyć twarz i napić się z niego wody. Już miała zamoczyć ręce lecz zauważyła coś świecącego oplatającego jej prawy nadgarstek. Był to łańcuszek, a na jego końcu znajdował się maleńki srebrny kluczyk. Szybko powiesiła go na szyi aby go nie zgubić.
Jeszcze raz odwróciła głowę w kierunku lasu. Wiatr rozwiewał jej długie czarne włosy. Zamknęła na chwilę oczy i uśmiechnęła się do siebie; już zapomniała jak smakuje uśmiech. Od razu poczuła się lepiej. Wiedziała co ma robić dalej. Dokończyła poranną toaletę i wyruszyła w kierunku borów...


(Odcinek ten dedykuję temu, który mnie poganiał ;))







21.04.2005 :: 01:13 Link Komentuj (12)



Opowieść 5 – Przy świetle księżyca.



Dochodził już wieczór kiedy dotarła na obrzeża lasu. Słońce było już jak wielka pomarańcza chowająca się za linią horyzontu. Las był duży i ciemny. Wysokie drzewa witały się z wieczornym niebem. Elizejka szła brzegiem szukając jakiejś ścieżki, aby mogła (bez zagrożenia, iż jej szaty zostaną w strzępach na krzakach) wejść bezpiecznie do lasu. Nie musiała długo szukać. Już po kilku krokach podążała wąską leśną ścieżką, z zaciekawieniem rozglądając się dookoła.
Była już dosyć zmęczona i musiała przyznać się przed sobą, że należałoby poszukać odpowiedniego miejsca na dzisiejszy nocleg. Chyba tym razem bogowie jej sprzyjali, bo i tym razem szybko odnalazła niewielką polanę, na której mogłaby się spokojnie przespać.
- Tak, dzisiejszy dzień był udany.- powiedziała sama do siebie.
Jednak jak to mówi stare przysłowie, nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca. I to oto przysłowie okazało się prawdziwe. Od samego rano wszystko było zbyt łatwe... Jeszcze nie usiadła na trawie a usłyszała szelest. Przez chwilę myślała, że może to jakaś kolejna przyjazna dusza, ale jej wszelka nadzieja rozwiała się jak poranna mgła, gdy usłyszała złowrogie „grrrrrrrr”... Co gorsza – nie był to dźwięk pojedynczy...
Pomyślała o tunelu w jaskini i pstryknęła palcami. Pstryknęła ponownie. Nic. Nadal nic!
- Świątynia Elizejska!!!- krzyknęła, lecz nadal tkwiła na leśnej polanie.
- Co jest? Co tu się dzieje?! – spanikowana rozglądała się, lecz w ciemności było widać tylko trzy pary zbliżających się w jej kierunku świecących oczu wilka. „Grrrrr...” usłyszała ponownie, a w oddali odpowiedziało wycie psów. Zza chmur wyłonił się srebrny księżyc, który oświetlił polanę. Tuż przy swojej twarzy zobaczyła zakrwawiony pysk wilkołaka.
Skuliła się a z wnętrza wydała z siebie ostatni krzyk przerażenia. Zamknęła oczy i zacisnęła zęby. Wiedziała co zaraz nastąpi i czekała na śmierć. Lecz stało się coś dziwnego... śmierć nie nadeszła. Za to zrobiło się okropne zamieszanie.
Otwarła oczy i oto co zobaczyła.
Na polanie oprócz jej i dzikich bestii były jeszcze dwie postacie. Jedną był młodzian z szerokim uśmiechem na twarzy, obok którego płonął już jeden wilkołak.
Drugą postacią był mężczyzna. Znacznie wyższy od młodziana, odziany w długą szatę na wzór mnisiego habitu z kapturem osłaniającym tajemniczo twarz. Mężczyzna ów na jej własnych oczach bez żadnego problemu zaszlachtował swą kosą dwie pozostałe bestie. Patrzyła na to niedowierzając. Chłopiec uporał się ze „zwłokami” paląc je, natomiast mężczyzna w kapturze podszedł i nachylił się nad Elizejką.
- Nic Ci nie jest? –zapytał.
- Dziękuję, nie wiem co się stało... sama nie wiem...tak nagle...i nie wiedziałam...dziękuję, co ja bym...
- Spokojnie, już wszystko dobrze. Na szczęście zjawiliśmy się w odpowiedniej chwili. Już jesteś bezpieczna.
- Eeeee...ścierwo spalone brachu. Co teraz? – odezwał się młody.
- Leć na skraju polany rozpal ognisko i przygotuj miejsce do spoczynku.
Młody pobiegł uporać się z robotą, narzekając pod nosem jaki to on jest niedoceniany, i że najgorsza robota zawsze trafia się jemu a on by tu bardzo chętnie pomógł pani. Tymczasem mężczyzna w kapturze wziął Elizejkę na ręce i zaniósł ją w wybrane i już przygotowane odpowiednio miejsce. Ognisko już się paliło, a palone drewno radośnie trzaskało wyrzucając w powietrze kolorowe iskry. Nikt nic nie mówił, aby nie zakłócić niepotrzebnie tej chwili. Wszyscy patrzyli w ogień jak zahipnotyzowani. Bo są takie chwile, kiedy słowa wydają się zbędne.
- Kim jesteście? – po chwili nieśmiało zapytała Elizejka.
- O przepraszam- zaczął mężczyzna, widząc, że jego towarzysz już otwiera usta- ten oto mój młodszy brat to Piołun, a ja nazywam się Awentur. Podróżujemy szukając własnego miejsca na ziemi. A Ty kim jesteś? Dlaczego zapuściłaś się w tak niebezpieczne rejony sama? Dziękuj bogom, że zjawiliśmy się na czas...
Nie wiedziała co ma im odpowiedzieć. Nawet sama nie wie co chciałaby aby o niej ktokolwiek wiedział. Jednak w głosie mężczyzny było coś, co nie pozwalało jej milczeć. Był to aksamitny, ciepły głos. Właśnie taki głos z nas chciałby usłyszeć kiedy jest mu źle.
- Dziękuję Wam bardzo za pomoc. Będę Wam wdzięczna do końca życia. Jestem Elizejką. Nie mam imienia, chociaż niektórzy określają mnie mianem Matki.
- No taką mamuśkę mógłbym ałaaaaa!- nie zdążył dokończyć Piołun, bo na jego dłoni był już ślad po paznokciu brata.
Nie powiedział już nic tylko się naburmuszył i znów coś mruczał pod nosem. Tymczasem Matka Elizejka snuła swoją opowieść o tym, gdzie dotąd żyła, dlaczego znalazła się w lesie, o liście, kluczu aż doszła do momentu incydentu wilkołaczego. A Awentur słuchał jej uważnie, nie zadając zbędnych pytań. I mówiłaby jeszcze zapewne długo, gdyby wszystkich nie nawiedził Morfeusz...

Gdy obudziła się było jeszcze szarawo. Ognisko już dawno się wypaliło i zostawiło po sobie tylko kupkę szarego popiołu. Szarego jak poranek. Bracia jeszcze spali. Wstała i podeszła do chrapiącego Piołuna. Chyba już przestał się gniewać, bo nawet przez sen się uśmiechał. Na jego dłoni widniały resztki krwi po karze wymierzonej przez brata. Elizejka oderwała kawałek materiału ze spodniej warstwy swej szaty i opatrzyła młodzieńcowi dłoń. Pogłaskała go po głowie, ucałowała w czoło i uśmiechnęła się do śpiocha.
Wstała i podeszła do Awentura. Nawet teraz nie widziała jego twarzy, gdyż szczelnie przykrywał ją kaptur, spod którego wystawał tylko kosmyk śnieżnobiałych włosów. Tak bardzo była ciekawa jak wygląda. Już dotykała dłonią skraju kaptura, lecz ostatecznie cofnęła dłoń i nie oglądając się za siebie, odeszła w głąb lasu...







21.04.2005 :: 22:51 Link Komentuj (4)


A to ja też wrzucę sobie dziś jakiegoś cudzesa... :)


Jamie Cullum > Everlasting love

Hearts gone astray, deep in her when they go.
I went away just when you needed me so.
You won't regret, I'll come back begging you. (mmm)
Won't you forget, welcome the love we once knew.

Open up your eyes, then you realise.
Here I stand with my everlasting love.
Need you by my side.
Girl to be my pride.
Never be denied everlasting love....

oh...

Hearts gone astray deep in hurt when they go.
I went away just when you needed me so.
You wont regret I'll come back begging you.
Wont you forget, welcome love we once knew.

Open up your eyes, then you'll realise.
Here I stand with my everlasting love
Need you by my side.
Girl to be my pride.
Never be denied everlasting love.

From the very start open up your heart, feel the love your in.
Everlasting love......

need to love to last forever.
need love to last forever.
need love to last forever.
need love to last forever.........

I need love to last forever.




22.04.2005 :: 22:41 Link Komentuj (12)



NO I CO SIĘ TAK GAPISZ?? NIC CIEKAWEGO TU I TAK NIE ZNAJDZIESZ O_o
27.04.2005 :: 19:49 Link Komentuj (14)

Zmiany, zmiany, zmiany!!!
Ja chcę zmian.

Czas wprowadzić chęci w praktykę. Potrzeba mi zmian, bo kisnę już w tym Zapierdziańskim Zaścianku. Bliskie osoby są tak daleko. Nie na końcu świata, ale to i tak nic nie zmienia.
Pleśnieję. Mam wszystkiego dosyć. Chcę ZMIAAAAAAN!
Zmian na lepsze.
Albo się coś zmieni, albo szlag mnie trafi.


Take me to the magic of the moment
On a glory night
Where the children of tomorrow dream away
In the wind of change

Scorpions





29.04.2005 :: 18:02 Link Komentuj (3)


Poszłam sobie w diabły.





Księga gości
Wpisz się
Oglądaj






Dzisiejszy odcinek sponsoruje:
Projekt Elizjum


Kroniki Elyty


Rebelion


KE?

Zamiast porannej kawy

Darius


Kawa w Teatralnej

ŹdŹbło


Przyjaciel Diabeł

Piszczałkowo


Małe espresso

Kylie


Moje dziecko

Mateuszek


Popijając herbatę

Anaca


Mój prywatny psycholog

Daniel



Archiwum.

2009
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec




designed and made by uzi
© all rights reserved